Pod nocnym aniołem // Smarzowski

Ach, panie doktorze, ja wiem, przecież ja doskonale wiem, że nie można, zwłaszcza w moim wypadku nie można, pijąc, żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia? – mówi główny bohater książki Pilcha.

Problem nadużywania przez Polaków alkoholu poruszany był w niemal każdym filmie Barei. Pod koniec PRL-u upada mit przodownika pracy – iluzja pęka niczym tłuczone butelki wysokoprocentowego trunku, a odłamki szkła kolą boleśnie w oczy. Bareja temat traktuje lekko nie stroniąc od mało subtelnych aluzji. W świecie reżysera pije każdy – od aparatu władzy po lud pracujący. Wódka leje się strumieniami niczym krystaliczna woda. Stanowi Remedium na wszystkie bolączki świata, na niesprawiedliwość dziejową, zrzędliwego kierownika zmiany, kolejki przed mięsnym, brak ważnego paszportu. Na zbyt szczęśliwych sąsiadów, nieurodzajny rok, drożejący cukier.  Opijano sukcesy i porażki. „Amator” Kieślowskiego zapity do nieprzytomności celebruje narodziny córeczki. Zanim po raz pierwszy wziął na ręce córkę, zdążył przytulić butelkę wódki. Nie ma w tym nic obcesowego, bo robił to każdy, a jak powiadano i powiadają nadal „kto nie pije ten kabluje”. Rzeczywistość uzyskiwała słodki posmak jedynie widziana poprzez pół przytomne spojrzenie. Bimber powodował ślepotę – można było przeczytać na plakatach – dla niektórych brak zmysłu widzenia był najmniejszą bolączką codzienności.
Po co się budzić, skoro na jawie jest jeszcze gorzej? Jawa jest jednym wielkim powodem do picia –  Skoro pijesz we śnie i na jawie, tak naprawdę nie wiesz, jak jest na jawie.

Wódka przeżyła socjalizm, przeżyła wejście Polski do Unii Europejskiej.  Żyjemy w czasach dobrobytu. Sklepowe półki uginają się pod towarami, inflacja poniżej 2%, bezrobocie zdecydowanie niższe w porównaniu z wynikami z lat 90tych. Nowoczesne biurowce mienią się dostojnie sięgając chmur – Warszawiacy pragną żyć w Europejskim centrum finansowym, panorama Warszawy musi upodabniać się do tej z Londynu czy Nowego Yorku. Czy ma dla nas znaczenie odpowiedź na pytanie „Co znaczy być Polakiem?”. Z badań wynika, że większość z nas śni o american dream. Młodzi chętnie wyjeżdżają na Zachód. Z upodobaniem patrzą w kierunku Anglii, Niemiec, by wtopić się w mozaikę różnych kultur. Dziś Polak nie czuje się katolikiem, Słowianinem (chyba, że zasłuchał się w piosence Cleo), gospodarnym rolnikiem. Staram się stworzyć w głowię wizerunek stereotypowego Polaka.  Wychodzi bezgłowy blub niczym twór Abakanowicz – bez poglądów, bez pomysłów na życie, podążający za swoim zyskiem, broniący ślepo swojego interesu – Nic o nas bez nas, veto! Mentalnie utknęliśmy gdzieś hen ho w czasach bliskich Sarmacji. Objawem tej choroby są głosu ludu w internecie, część jałowych inicjatyw (protestuję, aby protestować) i wyjątkowa podatność rodaków na manipulację medialną.

Myślę o tym wszystkim i mam ochotę zejść na dół do monopolowego, by zakupić boskie remedium na wszystkie troski codzienności.

Ambitne zadanie powziął sobie Smarzowski w swoim najnowszym filmie „Pod mocnym aniołem”. Ekranizacja Pilcha wymaga nie lada wirtuozerii. Przyznam się w tym miejscu do dwóch zawstydzających kwestii : Po pierwsze nie czytuję Pilcha, po drugie stronię od alkoholu. W ramach wyznań rzetelnego abstynenta dodam, że temat filmu jest mi tak odległy jak pasmo Karakorum i budzi podobne odczucia – bardziej ziębi niż grzeje. Dlatego sceny upodlenia poszczególnych bohaterów traktowałam mocno z przymrożeniem oka. Nie jest niemniej tak, że nigdy nie widziałam jak upodlają się znane mi osoby. Mętne spojrzenie, brak kontroli senso-motorycznej, podwyższona chęć do zachowań ryzykownych. Akcenty masochistyczne z nutką agresji mają posmak spirytusu z tanim sokiem pomarańczowym. Zakładam, że nie przekroczyli granic, które niczym Kolumb na statku o nazwie Zapomnienie pokonał Pilch – pierwszy alkoholik III RP.

Ekranizacja Smarzowskiego to wstrząsający obraz demona dławiącego Polaków. Film obrazuje bezsilność wobec nałogu, pokazuje mechanizmy myślenia osoby upodlonej, oraz nieuchronnie zaciskającą się pętle na jego szyi. Codzienność to trasa dom-bar-monopolowy-dom. Kaca leczy kryształowa księżniczka, zakupiona za zaskórniaki znalezione przypadkiem w starym bucie. Mieszkanie przeobraża się w melinę. Karuzela życia mknie w pośpiechu nie pozwalając zapiąć pasów bezpieczeństwa. Upadki kończą się nad deską klozetową, w wannie, na kuchennym stole, pod bankomatem. Napotkany na ulicach miasta anioł nie jest w stanie zmienić alkoholika – pozostaje mu jedynie napić się z delikwentem taniej wódki. Jerzy pytany „dlaczego?” Cynicznie się uśmiecha. Iluzja kontroli nad nałogiem skłania go do rozpoczęcia kolejnej pijackiej przygody. Dzięki temu może przebrnąć przez codzienność i dożyć wschodu słońca. Odbiorca współczuje mu, choć ma do czynienia z historią abstrakcyjną. Z drugiej strony – co jest znamienne u Smarzowskiego – przeżywa swoiste Katharsis. Filmy Wojciecha są ciężkie, nieoszukanej, dużej wagi. Problemy aktualne, przedstawione w sposób obdarty od eufemizmów i fałszywej nadziei. Wychodzi tłum z kina, myśli kłębią się w głowie. Ile osobom przeszła przez głowę myśl „dobrze, że to nie moje życie?” 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *